Zamykam drzwi od mieszkania i szybko schodzę po schodach. W biegu poprawiam czarną spódniczkę w kratkę i niebieski sweter. Kolejny dzień pod rząd spóźnię się do pracy. Modlę się w myślach żeby mnie tylko nie zwolnili. I tak ledwo łączę koniec z końcem. Nigdy nie sądziłam, że życie samemu będzie mnie tyle kosztować. Jestem sierotą odkąd pamiętam i nie traktuję tego jako wrażliwy temat, przyzwyczaiłam się do myśli, że nigdy nie poznam swojej rodziny. Byłam szczęśliwa, że nie jestem już w systemie i nie muszę się martwić, że będę przenoszona z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Życie w systemie to najgorsze co może cię spotkać. Dlatego kiedy tylko skończyłam 18 lat postanowiłam odejść i żyć po swojemu. Tak już sobie żyję cały rok i jest cholernie ciężko, ale przynajmniej mogę spać spokojnie w nocy. No prawie... Chcę sobie zapewnić dobre życie, chcę pójść na studia, mieć zagwarantowaną przyszłość. Pracując w kawiarni jako barista nie można zarobić wiele, dlatego mieszkam w małym mieszkaniu z pięcioma innymi osobami. Ostatnio i tak zalegam z czynszem. Odór papierosów i alkoholu unosi się w powietrzu cały czas. Muzyka gra i codziennie przewija się tam wiele ludzi. Nawet nie mam jak spokojnie przeczytać książki. Pocieszam się jedynie słowami, że "przynajmniej sama decyduję o moim życiu".
Widzę w oddali kawiarnię w której pracuję i przyśpieszam kroku. Spoglądam na zegarek. "Jedenaście minut i siedemnaście sekund spóźnienia" dwie minuty wcześniej niż wczoraj.
Wpadam do środka i szybko biegnę na zaplecze założyć fartuch w nadziei, że szef mnie nie zobaczy. Na moje nieszczęście wchodzi właśnie do pomieszczenia.
- Sarah to już kolejny tydzień, nie będę tego wiecznie tolerował. - zaczął, chodząc po pomieszczeniu. - Wiem, przepraszam. To się już więcej nie powtórzy, obiecuję. - mówię w pośpiechu, wiążąc fartuch wokół talii. - Mam dużo na głowie i...
- Nie tłumacz się już, bo klienci czekają. Wiedz tylko, że to ostatni raz kiedy ci odpuszczam. Nie mamy tutaj ulg dla nikogo. - Carl wychodzi. - Teraz do pracy, zostajesz dziś dłużej.
-
Dyniowe latte dla Alison , espresso dla Philipa, sojowe cappuccino bez cukru dla Beth. Znam tych ludzi na pamięć, przychodzą tu codziennie i zamawiają to samo. Podchodzę do stolika, gdzie siedzi mężczyzna, który od tygodnia jest tu zawsze o tej samej porze. Siedzi cały ranek i pisze coś na laptopie. Zamawia podwójne espresso i ciastko z czekoladą. Pamiętam wszystkie zamówienia, nic ciekawszego tu nie znajdę.
Po ośmiu godzinach pracy wreszcie wychodzę. Przed wyjściem czeka na mnie mój przyjaciel Chad. Znamy się od zawsze i jest dla mnie jak brat, którego nigdy nie miałam. Przypomina mi się, że mieliśmy dziś się spotkać.
- Przepraszam Chad, ale nie dam dziś rady, Muszę załatwić tą zmianę mieszkania. Nie mogę dłużej mieszkać w tej melinie. - tłumaczę się i widzę rozbawienie na jego twarzy,
- Typowa Sarah. Nudziara z ciebie. Chodź rozerwiesz się trochę, ostatnio na nic nie masz czasu.
- Wynagrodzę Ci to. Myślałam, że życie z dala od systemu będzie prostsze, nawet nie mam pieniędzy na normalne jedzenie a co dopiero mieszkanie. Dlatego muszę to jakoś załatwić.
- No widzisz to zabiorę cię na kolację. - próbuje mnie przekonać.
- Jutro. - całuję go w policzek i szybko odchodzę. Widzę za sobą jak pokazuje mi środkowy palec.
- Nudziara! - krzyczy i znika mi z pola widzenia.
Po kilkunastu minutach docieram do mieszkania. Już na klatce schodowej czuć ten ohydny zapach. Wchodzę do mieszkania i rzucam ciche powitanie do współlokatorów, których i tak to nie obchodzi. Zamykam się w pokoju, ściągam sweter i spoglądam w lustro. Makijaż rozmazał się pod moimi oczami, dlatego palcami próbuję go naprawić. Zaraz chcę iść na rozmowę z właścicielem, by prosić go o własne mieszkanie. Jestem świadoma tego, że nie będzie łatwo, zalegam jeszcze z czynszem i moje oszczędności są niewielkie. Czeszę szybko włosy i wychodzę. Dochodzę do mieszkania właściciela, Toma, i pukam kilka razy. Odpowiada mi znudzony i monotonny głos, więc powoli wchodzę.
- Co? - mówi ciężkim głosem i spogląda na mnie od góry do dołu.
- Umm jestem Sarah Bailey i mieszkam pod 17. Chciałam pana prosić o możliwość zmiany i mieszkania, gdyż - zaczynam tłumaczyć, ale Tom mi przerywa.
- Sarah Bailey - przegląda jakieś papiery - z tego co widzę, zalegasz z czynszem już dwa miesiące. Nawet nie myśl, że dam Ci jakieś mieszkanie za które potem nie będziesz płacić.
- Ja wiem, ale na prawdę potrzebuję swojego mieszkania. Może być najmniejsze jakie pan ma. - próbuję go ubłagać, na prawdę zależy mi na tym mieszkaniu. Nie dam rady żyć w takich warunkach.
- Nie trać mojego czasu, nie załatwię ci mieszkania. Wynoś się mam dużo pracy. - powiedział swoim grubym głosem i zapalił papierosa.
Nie znoszę go. Zawsze śmierdzi od niego tanią wodą kolońską i wódką. Jego brzuch ledwo mieści się w spodniach a zarost wygląda na dwutygodniowy. Nigdy nikomu nie pomoże, wredny dupek.
- Proszę, bardzo proszę. Zrobię wszystko na prawdę, potrzebuję tego mieszkania. Nie wytrzymam tam dłużej, proszę. - zaczynam brzmieć żałośnie próbując go przekonać.
- Wszystko? - spogląda na mnie swoim obrzydliwym wzrokiem i uśmiecha się pod nosem.
Czuję dokąd zmierza ta rozmowa i nie podoba mi się to.
- Chyba tak. Potrzebuję mieszkania... - odpowiadam zaciskając powieki.
Tom wstaje, obchodzi mnie dookoła i zamyka drzwi na klucz.
- Rozbieraj się. - mówi krótko i zaczyna rozpinać pasek w spodniach.
------------------------------------------------------------------------
Witam was! Mam nadzieję, że pierwszy rozdział się spodobał. Jest on krótki i chciałam, żeby to było takie wprowadzenie do życia Sarah. Przepraszam za wszystkie błędy i mam nadzieję, że będziecie czytać dalsze rozdziały :)
@zielonybrokul
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz